Tadeusz RÓŻEWICZ

Laudatio: prof. zw. dr hab. Włodzimierz Wójcik

Panie Rektorze,
Prześwietny Senacie,
Dostojny Doktorancie,
Panie, Panowie!

     Zostałem prawnie wybrany przez Świetną Radę Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego promotorem dostojnego Doktoranta Pana Tadeusza Różewicza. Jako promotor prawnie wybrany przedstawiam więc uchwałę Prześwietnego Senatu Uniwersytetu Śląskiego o nadaniu Panu Tadeuszowi Różewiczowi Doktoratu Honoris Causa.

     Od ponad półwiecza twórczość literacka Tadeusza Różewicza wzbogaca krajobraz literatury polskiej i tym samym funduje sławę naszej narodowej kultury w wymiarze światowym. Jest więc w tym głęboki sens, że Prześwietny Senat Uniwersytetu Śląskiego podjął inicjatywę nadania doktoratu honorowego wielkiemu pisarzowi. Manifestuje się też i moja wielka radość z tego powodu, iż powierzył mi zaszczytną rolę promotora-laudatora. Stwierdzam, że recenzenci: Prof. dr hab. Tadeusz Drewnowski z Uniwersytetu Warszawskiego, Prof. dr hab. Jacek Petelenz-Łukasiewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego, Prof. dr hab. Tadeusz Kłak i Prof. dr hab. Jan Malicki z Uniwersytetu Śląskiego bardzo wysoko ocenili całokształt dorobku doktoranta i jego rolę w wymiarze polskim i światowym. W świetle tych opinii oraz tego, co o Tadeuszu Różewiczu mówi nauka o literaturze i krytyka literacka, jawi nam się autor Kartoteki jako przenikliwy i wrażliwy świadek dylematów naszej epoki.
     Należy do "rocznika Kolumbów", a więc do tej generacji Polaków, którzy byli urodzeni u progu II Rzeczypospolitej. Sposobieni do życia mądrego i szczęśliwego, spotkali się nieoczekiwanie oko w oko z wojną, ciemną nocą okupacji oraz ogromem doznań, jakie niosły ze sobą systemy totalitarne. Właśnie te doświadczenia zdeterminowały kształt ideowy i artystyczny fenomenalnego debiutu Różewicza. W tomach poetyckich Niepokój i Czerwona rękawiczka wypowiadał się w imieniu swojego pokolenia, dokonując gorzkiego obrachunku z minioną wojenną przeszłością. Doszedł do prawdy, że po Oświęcimiu dawna poezja okazała się w wielu przypadkach anachroniczna w sferze treści, a w sferze formy sztuczna. Rezygnował z patosu wojennego, z koncepcji poezji patriotyczno-tyrtejskiej. Wiedział dobrze, że w nowej sytuacji należy dążyć do przywracania słowom ich pierwotnych sensów i znaczeń. Mówimy, że stał się kreatorem wiersza pozbawionego nadmiernej metaforyki i zdobnictwa, zbliżonego do prozy, zwanego odtąd "wierszem różewiczowskim". Ale zdajemy sobie sprawę z tego, iż wiersz ten (odkrycie na miarę dokonań wersyfikacyjnych Kochanowskiego i Mickiewicza) ma swoją dyscyplinę i logikę - składniową i intonacyjną. Pozostanie on na trwałe w dziejach naszej literatury. Pozostaje oczywistym faktem historycznoliterackim, zdiagnozowanym już w latach pięćdziesiątych, że Tadeusz Różewicz jest twórcą takiej dykcji, która problematykę współczesnej aksjologii podejmuje na płaszczyźnie głównie języka poetyckiego. Podkreślmy to wyraźnie: f e n o m e n e m systemu Różewiczowskiego jest n o w y sposób artykulacji zagadnień moralnych, od zawsze będących przecież istotą poezji, lecz pod doświadczeniach II wojny światowej domagających się o d m i e n n y c h rozwiązań artystycznych.
     W okresie proklamowania doktryny socrealizmu przeżywał dojmujące, bolesne rozterki. Nie godził się w żadnej mierze na tworzenie dzieł literackich na urzędowe zamówienie. Odważnie poszukiwał własnych dróg, chronił z całą determinacją swojej tożsamości, jako prawdziwie duchem niepodległy twórca sztuki słowa. W roku 1950 przeniósł się z Krakowa na Śląsk wyposażony w uznanie liczących się, lub po prostu wybitnych ludzi pióra, takich jak Julian Przyboś, i zwykłych czytelników a szczególnie wzbogacony przyjaźnią Leopolda Staffa. Między Gliwicami a stolicą, gdzie Staff zamieszkał, powstała "gorąca linia" szczerego porozumienia młodego i starszego poety. Obok goryczy, jakie niesie obserwowane przez poetę zło świata, ma Różewicz w sobie szlachetne pokłady miłości. Widać to doskonale, między innymi, w wierszu napisanym po zgonie autora Wikliny, noszącym wymowny tytuł Lira Leopolda Staffa:

Gdy ją miłość
potrąci
Cała jest
z promienia

Gdy człowiek
nieżyczliwy
W drewno
się przemienia

Fot. W. Ziółkowski Gdy ją dziecko
chwyta
To jak obłok
płynie

Gdy człowiek
pełen jadu
Z uśmiechem
go minie

     Na nowym miejscu Różewicz wtapiał się w żywą tkankę autentycznego życia, wolny od hałaśliwych zebrań ZLP, udziału w "sekcjach twórczych" i literackich kawiarni.
Niedostatki w sferze materialnej, obserwacje zjawisk wielekroć niosących uczucie grozy, nie zakłóciły zasadniczo rytmu pracy pisarskiej Różewicza. Z Różewicza-poety (Uśmiechy, Twarz, Twarz trzecia), broniącego podmiotowości istoty ludzkiej oraz wolności poetyckiego "ja", wyłaniał się - jako wielkie, jedno z najważniejszych, zjawisko teatru naszego stulecia - Różewicz-dramaturg. Tę praktykę przekazywania treści zawartych w podmiocie lirycznym, treściom wyrażanym w dialogu dramatycznym, Kazimierz Wyka nazwał "zamiennikiem gatunkowym". Powstawały więc wówczas - zdobywając w szybkim tempie międzynarodową sławę, sztuki: Kartoteka, Spaghetti i miecz, Świadkowie albo nasza mała stabilizacja, Grupa Laokoona, Wyszedł z domu, Stara kobieta wysiaduje; później, w okresie wrocławskim - Na czworakach, Do piachu, Głodomór, Pułapka, Kartoteka rozrzucona. Dzieło imponujące. Dochodziła do tego wysokiej rangi proza narracyjna (Opadły liście z drzew, Przerwany egzamin, Wycieczka do muzeum) a także - nieco później - eseistyczna (Przygotowanie do wieczoru autorskiego).
     Poeta walczy - przy stosowaniu coraz bogatszego repertuaru sposobów wypowiedzi artystycznej (groteska, collage itp. ) z absurdem i dewiacjami współczesnej cywilizacji; sygnalizuje niebezpieczeństwa procesów dezintegracyjnych zagubienia się w świecie chaosu i w złudach konsumpcyjnego życia, życia zuniformizowanego i nijakiego. Cierpliwie i konsekwentnie występuje z moralistyczną przestrogą. Moralność Różewicza funduje się nie na gruncie transcendencji; jest świecka, ludzka, humanistyczna, chociaż są u niego utwory o charakterze metafizycznym.
     Po niemal osiemnastu latach pobytu w Gliwicach Różewicz wyjechał na Dolny Śląsk, do Wrocławia. Na nowym miejscu życia zapładnia on nie tylko najbliższe środowisko twórcze, ale coraz silniej promieniuje na Polskę i świat. Tutaj pomnaża walnie swój dorobek poetycki i - jak powiedziano już - dramaturgiczny a także prozatorski. Górny, czy Dolny Śląsk jest to jednak Śląsk widziany globalnie, bez wewnętrznych przetasowań i antagonizmów. Związki z czasopiśmiennictwem górno- i dolnośląskim są też w wypadku Tadeusza Różewicza znaczącym wyborem aksjologicznym. Miejsc, które się samodzielnie wybiera - przecież się nie porzuca.
     Ostatnie lata Tadeusza Różewicza są znaczone wielkim powrotem na Górny Śląsk. To tutaj, w Katowicach, w pięćdziesięciolecie debiutu - odbyła się (jako jedyna w Polsce) sesja krytycznoliteracka poświęcona poecie, zorganizowana przez Górnośląskie Towarzystwo Literackie. Tutaj ukazały się dwie książki zbiorowe poświęcone temu pisarstwu. Jedną wydało Górnośląskie Towarzystwo Literackie (Świat integralny. Pół wieku twórczości Tadeusza Różewicza pod redakcją Mariana Kisiela), drugą Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego (Przekład artystyczny, t. 4, pod redakcją Piotra Fasta). Ostatnio za sprawą pracowników Zakładu Literatury Współczesnej Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu (przy finansowym wsparciu Wojewody Śląskiego i zaangażowaniu redakcji "FA-art") ogłosiliśmy studia różewiczowskie Słowo za słowo. W dniu wczorajszym otrzymaliśmy z drukarni "ciepłe" jeszcze egzemplarze książek Tadeusza Kłaka Spojrzenia oraz Mariana Kisiela Od Różewicza. We wstępie do Świata integralnego znacząco wypowiadał się o Różewiczu znany w Polsce, a jednocześnie doskonale znający duszę ludzi naszego regionu, poeta, Tadeusz Kijonka:
Niewielu pisarzy tak reagowało na rytm przemian w sztuce, by nie przeoczyć znaków swego czasu. Lecz nawet w okresach największego zwątpienia, gdy z obsesyjną rozpaczą ogłaszał śmierć poezji i poety oraz nadchodzący koniec cywilizacji, zawsze z nieustępliwym uporem wyrażał ten nade wszystko ludzki dreszcz niepokoju, który zapewnił mu własne miejsce w literaturze: n i e p o k o j u o los skazanych na rozpad i zagładę wartości.
     Jako dawnemu mieszkańcowi Gliwic, władze tego miasta przyznały Tadeuszowi Różewiczowi w roku 1995 honorowe obywatelstwo. Związki z tą ziemią określił poeta w liście skierowanym do uczestników odbywającego się w dniach 26-27 września 1998 roku Kongresu Kultury na Górnym Śląsku. Pisał między innymi:
Dziesiątki lat spędziłem na Górnym Śląsku i w miarę możliwości budowałem razem z robotnikami, studentami, inteligencją wspólny dom, dla nas ludzi z różnych stron Polski i dla rodowitych Ślązaków. Teraz, od 30 już lat mieszkam na Dolnym Śląsku, ale moje związki z Górnym Śląskiem są zawsze żywe. Jestem więc z wyboru Dolnym i Górnym Ślązakiem... jednym słowem Całym Ślązakiem, choć urodzonym w Radomsku.
     Z chwilą powołania do życia miesięcznika społeczno-kulturalnego "Śląsk" Tadeusz Różewicz stale jest obecny na jego łamach jako autor. Dość przypomnieć, dla przykładu, wiersz Co się dzieje z gwiazdami, przejmujące "kartki z gliwickiego dziennika" Matka odchodzi, poematy: Gawęda o spóźnionej miłości oraz Recycling. W roku 1997 przyjął Tadeusz Różewicz honorowe członkostwo Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, które na swoim II Walnym Zgromadzeniu, w grudniu 1997 roku, jednogłośnie poparło zgłoszony przez Wydział Filologiczny wniosek o nadanie poecie doktoratu honorowego Uniwersytetu Śląskiego.
     Tadeusz Różewicz jest stale obecny w procesie badawczym oraz dydaktycznym śląskiej humanistyki, zwłaszcza polonistyki uniwersyteckiej. Mamy na myśli artykuły i rozprawy historycznoliterackie, próby interpretacji jego tekstów na konwersatoriach i ćwiczeniach, wreszcie magiserskie monotematyczne "seminaria różewiczowskie". Poeta widziany jest w naszym - i nie tylko naszym - środowisku jako wielkie zjawisko w globalnym procesie przemian historycznoliterackich, kulturowych i cywilizacyjnych.
O Różewiczu wypowiadali się z podziwem krytycy tej miary, co Kazimierz Wyka, Jan Błoński, Ryszard Przybylski, Henryk Vogler, Marta Piwińska, Jerzy Kwiatkowski, Tadeusz Drewnowski, Jacek Łukasiewicz, Stanisław Burkot i inni. Ciepłe słowa o poecie wypowiadali polscy Nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Nie słabnie zainteresowanie czytelnicze tym Wielkim Współczesnym, który stał się już za życia prawdziwym klasykiem literatury polskiej.
     Nie oznacza to zamknięcia procesu twórczego. Wydane w ostatnich latach tomy mówią same za siebie. Płaskorzeźba, Zawsze fragment oraz Zawsze fragment. Recycling cieszą się dzisiaj uznaniem młodego pokolenia, które widzi w ich twórcy bliskiego sobie poetę. Dzieło Różewicza - klasyka i jednocześnie nowatora - jest dorodnym, zdrowo uformowanym drzewem, mocno osadzonym w pejzażu literatury i kultury polskiej, europejskiej i światowej. Ale to drzewo - z roku na rok - bezustannie się rozrasta. Formują się nie tylko świeże gałęzie, ale i nowe konary. Autor Równiny w roku 1955 napisał - w stulecie zgonu twórcy Liryków lozańskich - jeden z najpiękniejszych w naszej literaturze wierszy pod znaczącym tytułem Chleb:

Chleb
który żywi i zachwyca
który się w krew narodu zmienia

poezja Mickiewicza

sto lat nas karmi
ten sam chleb
siłą uczucia
rozmnożony

     Wsłuchując się w te cudowne wersy, wyrażamy ich twórcy, Tadeuszowi Różewiczowi, wdzięczność za to, że owym chlebem-poezją karmi nas szczodrze przez ponad półwiecze...

Czcigodny Doktorancie!

     Społeczność akademicka Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, a także wszyscy ludzie wrażliwi na słowo, widzą w tobie wybitnego poetę, dramaturga, prozaika i eseistę, kreatora nowych form wypowiedzi artystycznej, wnikliwego świadka dylematów naszego czasu.
Nasz Uniwersytet obchodził w minionym roku jubileusz trzydziestolecia. W nowe trzydziestolecie wkraczamy już z Tobą, z Twoją obecnością w naszym gronie. Witamy Cię we wspólnocie akademickiej gorącymi sercami, pełnymi miłości i - z otwartymi ramionami. Jestem przekonany o tym, że ta wielka wspólnota humanistyczna, wspólnota ducha, uformuje grunt moralny, na którym zrodzą się dobre owoce zarówno w sztuce, jak i w nauce.

     Przeto w uznaniu dla Twych wybitnych zasług i osiągnięć Prześwietny Senat Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach postanowił przyznać i nadać Tobie Dostojny Doktorancie prawomocną uchwałą z dnia 8 grudnia 1998 roku Doktorat Honoris Causa.

Katowice 22 stycznia 1999 r.

Wykład

Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic...

     Jednym z największych wierszy Goethego jest "mały" wiersz napisany prawdopodobnie wieczorem 6 września 1780 roku na drewnianej ścianie myśliwskiego domku, w czasie odpoczynku wędrowca...

Fot. W. Ziółkowski
Über allen Gipfeln
Ist Ruh,
In allen Wipfeln
Spürest du
Kaum einen Hauch;
Die Vögelein schweigen im Walde            
Warte nur, balde
Ruhest du auch.
Wierzchołki wzgórz
Spowite w ciszę;
Drzew żaden już
Wiew nie kołysze;
Śpi las
I ptaki w gęstwinie.
I tobie ninie
Spocząć już czas.
[tłum. L. Staff]

     Wielka tajemnica poezji. Poezja wcieliła się w "mały" wiersz, poezja bez granic znalazła dla siebie granice, została uchwycona poezja żywa, która po dwóch wiekach oddycha i mówi do nas. Cała "wiedza" o pisaniu wierszy, cała "technika", całe doświadczenie opuściło poetę - w momencie natchnie- nia - stał się narzędziem poezji. Musiał zapomnieć o sobie, aby przemówiła jego ustami poezja. Podobnie jak "ma granice Nieskończony", ma swoje granice poezja, która wciela się w wiersz. Wierszy pisze się dużo, redaktorzy tzw. "działów poetyckich" w pismach mówią, że otrzymują całe ich worki... Wiersz jest zjawiskiem częstym, poezja jest zjawiskiem bardzo rzadkim... poezja, która, w przeciwieństwie do wiersza, nie ma początku i końca. W naszych czasach nie forma końcowa, wiersz (udatny, "piękny", doskonały" itd. ), ale proces formujący jest dla czytelnika bardziej frapujący... ponieważ sam czytelnik coraz częściej pisze wiersze. Poezja "w ruchu" ku niewiado- memu ma jeszcze sens, utwory pełne "smaku", "mądrości", "głębi" to porce- lana...
     Tylko stara porcelana ma wartość. Porcelanowe wiersze, produkowane teraz ku zbudowaniu krytyków i recenzentów, są zajęciem jałowym.
"Klasykiem" bywałem w gimnazjum, pisywałem wtedy sonety, oktostychy... Mój pierwszy wiersz miłosny dla koleżanki Dziuni był pisany tercyną... A te sześciowierszowe poemaciki, w których dwa ostatnie wyrazy pierwszego wiersza kończą również wiersz czwarty, ale w porządku odwrotnym... Ach! moje stornello!

     Kiedy czytam moje stare utwory, odtwarzam w myślach czas i okoliczności, w których zostały "poczęte". Ta lektura męczy mnie, nudzi i pasjonuje.
Zapytałem kiedyś profesora Tadeusza Kłaka, czy mogę t e r a z przerabiać moje dawne wiersze... Odpowiedział z uśmiechem: "poeta - póki żyje - ma prawo wprowadzać zmiany, poprawki, ale... nie powinien". - Czemu? - zapytałem - przecież pierwotne teksty istnieją i są dostępne dla naukowców i czytelników... oraz tropicieli, sędziów i oprawców... Czytam np. wiersz Pożegnanie - jeden z moich ulubionych wierszy (napisałem go w roku 1945 albo 1946):

Myślała
że świat jest smutny
dokoła
że kwiaty są smutne i deszcz
że smutek się zagnieździł
w szorstkiej wełnie
pachnącej rezedą


Fot. W. Ziółkowski
     (chodziło tam nie o "wełnę" ale o wełniane ubranie). W ciągu lat zmieniałem rezedę na lawendę..., robiąc ten wybór - skreśliłem rezedę, wpisałem lawen- dę, ale po kilku miesiącach skreśliłem lawendę i przywróciłem rezedę... Ten nikły kwiatek o słabym zapachu lepiej "pasuje" do atmosfery wiersza... Cza- sem poeta, który jest czarodziejem, musi zmienić się w "aptekarza" i ważyć słowa po aptekarsku. Bieda w tym, że można utwór "poprawić" i zmienić na gorszy.
     Może czas zakwestionować nienaruszalność, nietykalność wiersza - póki jego twórca żyje. Nie wiem... Często na wieczorach autorskich skracam swoje wiersze, w czasie czytania opuszczam jakieś słowa, które mi dokuczają, opuszczam całe zwrotki... Wiersz często wydaje mi się za długi... Ogarnia mnie dziwne uczucie, że w "tym miejscu" skończyła się poezja, ale nie skończył się wiersz... więc milknę. Moje przeżycia na "spotkaniach" i "wieczorach poetyckich" są zawsze dla mnie przygodami. Zauważyli to już przyjaciele-tłumacze. Czasem dziwią się moim tajemnym praktykom.
     Kiedy - przed wielu laty - robiłem "wybór" wierszy Leopolda Staffa, dążyłem do zagęszczenia materii poetyckiej - do przemiany ilości w jakość. Wydawało mi się, że z ogromnego dorobku Staffa wydobywam pierwiastki trwałe, żywe, że, zderzając biegunowo różne wiersze, doprowadzam do iskrzenia i eksplozji form i treści. Oczyszczałem dorobek Staffa z "wierszy", aby ukazać poezję żywą. Był to karkołomny eksperyment. Chciałem pokazać Staffa nowego, Staffa, który przeskoczył "awangardę" (Peiper, Przyboś, Brzękowski, Kurek... ) i znalazł się nagle w krainie destrukcji. Staff udał się w "nieznane"... Los zrządził, że Staff stał się moim towarzyszem podróży do poezji "postmodernistycznej". Ten zabieg na poezji Staffa przeprowadziłem w wyborze Kto jest ten dziwny Nieznajomy. Wybór spotkał się z zainteresowaniem krytyków i czytelników. Wyka i Jastrun uznali wybór za odkrywczy, wartościowy i ożywczy dla Starego Poety.
     Już w młodości poetyckiej oddzielałem poezję od wierszy. Ciałem poezji jest wiersz, ale co jest duszą poezji, nie wiem... uczucie, myśl? Zdawało się, że bez wiary, nadziei i miłości Człowiek nie może żyć... ale pod koniec XX wieku rodzi się w nas podejrzenie, że ten ssak może rozmnażać się bez miłości, może żyć bez wiary i umierać bez nadziei. Wydobył się z głębiny, zyje na powierzchni. Nie żyje, ale konsumuje. Poeta zrozpaczony odkryciem tej prawdy... zmienia się w działacza, polityka, felietonistę; zamiast tworzyć poezję, poszczekuje przez sen.
     Przed wielu laty mówiłem o wierszach-organizmach żywych, oddychających... mówiłem o martwych częściach, fragmentach utworów poetyckich... o umieraniu wierszy i o życiu poezji... "forma wewnętrzna jest czymś żywym, pulsująco-żywotnym, organicznym i zarazem aktywnym". W wielu wierszach, od lat najwcześniejszych, dotykałem tego problemu... Jednym z tych utworów jest Na powierzchni poematu i w środku. Interesowała mnie nie forma końcowa, ale "forma formująca", nie wiersz "doskonały", ale forma w ruchu i asymetria formy. "Niepokój", który ogarnął mnie w młodzień- czych latach, trwa do dnia dzisiejszego. Co sprawia, że wiersz staje się poezją w rękach twórców? Co sprawia, że wiersz o wolności i miłości może być płytki i kiepski, a wiersz o szklance wody tragiczny i głęboki? Poeci starożytności i renesansu mogli pisać wspaniałe wiersze i dramaty o władcach i "mecenasach" - jeszcze poeci romantyczni pisali niezwykłe wiersze o Bogu, miłości, wolności... Utwory współczesnych poetów o władcach i "mecenasach" stały się dla ich autorów przeważnie porażką albo klęską... Polityka zjada poezję i poetów... Słowo dziennikarza i działacza jest martwe, to język zombi. Problem ludzi "martwych", ale niesłychanie aktywnych, żywych-umarłych, stał się tematem wielu moich poematów i opowiadań. Martwe słowa, martwe idee, martwi ludzie coraz częściej przejawiają - w naszych czasach - aktywność, są agresywni, podstępni, niezwykle ruchliwi. Przed wielu laty dotknąłem tego problemu w opowiadaniu Nowa szkoła filozoficzna. Wspominam te tytuły, aby ułatwić czytelnikom wędrówkę po ogrodach, śmietnikach, świątyniach, cmentarzach - po drogach i bezdrożach mojej twórczości.

Opinia: Stanisław Gębala "CZARNA 45-LETNIA DZIURA I TYLE!" ALBO IGRASZKI Z GOMBROWICZEM

     Dwukrotnie już zdarzyło mi się pisać o "Kartotece rozrzuconej" i dwukrotnie jakoś ten temat mi umykał... Tym razem nie umknie, bo przyszpiliłem go cytatem w tytule. Brzegi "czarnej dziury" wyznaczają, oczywiście, daty 1945-1989, czyli właściwie można ją też określać magiczną liczbą "44". Zresztą zależy jak mierzyć... Dziura, jak to dziura, ma brzeg nierówny; jedni mierzą od 1944, inni od 1945. Za to drugi brzeg jest równy, jak nożem uciął.

     Tadeusz Różewicz zawsze był bacznym obserwatorem i diagnostą zachowań naszej polskiej zbiorowości. (Piszę "zbiorowości", bo słowo "naród" zbyt już się ostatnio wytarło, a "społeczeństwem" - jak stwierdził dawno temu Norwid - jesteśmy żadnym. ) Nie mogła więc ujść jego uwadze pochopność, z jaką najbardziej po r. 1989 politycznie znacząca część tej zbiorowości zaczęła spychać w czarną dziurę ostatnie prawie pół wieku swojej historii. Jednak najbardziej, jak się wydaje, poruszył go fakt, że w czarną dziurę usiłowano (i niektórzy nadal usiłują) zepchnąć także cały (z małymi wyjątkami) dorobek twórczy tego okresu.

     Wyroku feruje, niezmiennie od dwóch stuleci, "Salon warszawski" - równie odstręczający, jak tamten z III cz. "Dziadów", a przy tym równie groteskowy, jak Związek Kawalerów Ostrogi w "Trans- Atlantyku". Głównym tematem rozmów w "Salonie warszawskim" z "Kartoteki rozrzuconej" jest roztrząsanie, komu podać rękę, komu nie podać; a najczęściej powtarzanym słowem - "hańba". Czasem sprawa się komplikuje, bo nie wiadomo, kto komu nie chce podać ręki: "(on mnie nie chce podać? ha ha ha / przecież to ja mu podać nie chcę)". "Salon" wydaje nieubłagane wyroki na całą PRL-owską przeszłość, która dziwnym i ironicznym zrządzeniem losu zamknęła się w wieszczej liczbie "44":

"Ta czarna dziura
to polska kultura
ta czarna dziura
to polska literatura
44 czterdzieści cztery
lata polskiej literatury
to same dziury
hańbo, hańbo
o hańbo itd."
Fot. W. Ziółkowski

     "Czarną dziurę" ma wypełnić przede wszystkim jedno nazwisko: Gombrowicz. Autor "Kartoteki rozrzuconej" widzi w nim przedmiot nowego szkolnego kultu, a scena "karnego karmienia Gombrowiczem" została jeszcze wyostrzona w telewizyjnej inscenizacji utworu, dokonanej przez Kazimierza Kutza (a pokazanej w poniedziałkowym Teatrze TV 30 XI 1998 r. ), który nadał jej budzącą grozę dosłowność (szkolni oprawcy wpychają Heli w usta ugniecione w kule kartki wydzierane z "Ferdydurke"). W ten sposób zostały rozproszone wątpliwości autora, który zastanawiał się w didaskaliach: "Czy pokazać przymusowe - karne karmienie Gombrowiczem? Nie wiem... ".

     Różewiczowa "gra w Gombrowicza" (żeby posłużyć się tytułem znanej książki Jerzego Jarzębskiego) toczy się od bardzo dawna. Jedno z pierwszych "zagrań" - prawdziwie mistrzowskie, choć graniczące z faulem - znajdujemy już w "Akcie przerywanym", gdzie autor tak oto "lekko" potrącił przeciwnika: "oddając jednak Witkacemu, co jest Witkacego, i Gombrowiczowi, co jest Witkacego (... )". Zagranie znakomite, ale łatwe do naśladowania. Zatem: oddając jednak Różewiczowi, co jest Gombrowicza (np. pomysł "Przyrostu naturalnego")...

     "Salon" (nie tylko warszawski - dodajmy) intronizując Gombrowicza (co mnie osobiście bardzo ucieszyło), degradował zarazem (co już może tylko szczerze zasmucić) Różewicza, Filipowicza i wielu (no, może tych znaczących nie było aż tak wielu) pisarzy, którzy tworzyli w kraju - i to niekoniecznie będąc w opozycji do władzy, co (zdaniem obowiązującym w "salonie") stanowić mogłoby jedyne usprawiedliwienie faktu pozostania w PRL-u.

     Różewicz wiąże "salon" z osobą Pimki (albo Pimkę z "salonem") - całkiem podobnie jak Gombrowicz (a zatem jeszcze raz: oddając Różewiczowi, co jest Gombrowicza... ). To Pimko - poprzez "salon" - wyznacza obowiązujące standardy kulturalne i intelektualne. Standardy nader wyśrubowane, bo obejmujące kanon światowej literatury historycznej i filozoficznej, nie wspominając już o pięknej. Hela z "Kartoteki rozrzuconej" ignoruje te standardy, zupełnie jak Zuta z "Ferdydurke", co wywołuje święte oburzenie "współczesnych Pimków", których wykrzykniki układają się w poemacik "O Heli". Jako człowiek ślędzący od lat (bardziej z obowiązku niż z ciekawości) nigdy nie kończącą się dyskusję na temat szkolnych standardów wykształcenia humanistycznego, czytam go ze szczególnym rozbawieniem, gdyż autor obnażył do samego rdzenia mentalność pimkowską:

jeżeli "Hela nie wiedziała
że Cezar przekroczył Rubikon
to Cezar nie przekroczył
Rubikonu
i cała historia to "betka"
(czyli bedłka)

Hela unieważniła Historię
alea iacta est"

Fot. W. Ziółkowski

     Ignorancja uczniowska przejmowała zawsze panicznym strachem arcybelfra Pimkę, gdyż w jego wyobrażeniu unicestwiała świat będący przedmiotem jego zawodowych zainteresowań. Aberracja? Z pewnością - ale także w tym środowisku powszechna.

     Oczywiście, Pimkowie występują zawsze w imieniu "całej ludzkości" - nie tracąc jednak z pola widzenia pojedynczego ignoranta, czyli w tym wypadku Heli, której nie mogą pozwolić, żeby "zubożyła swoje życie". Takie to szczytne ideały przyświecają każdemu działaniu Pimki. Jego ukochaną rolą jest rola kapłana takiego czy innego kultu; przy czym przedmioty kultu bywają ostatnio wymienne - niezmienna pozostaje tylko postawa wyznawcza. "Współcześni Pimkowie" stracili oparcie w tradycji, kierują się więc raczej wskazaniami mody - rzecz jasna, zachodniej, a przynajmniej przez Zachód uznanej. I tak właśnie, jako "krzyk mody", dotarł do nich Gombrowicz, który wyparł innych "iczów":

     "PSOR Helu, możesz nie czytać Różewicza - Filipowicza - Lenartowicza - Sienkiewicza... możesz nie czytać... musisz jednak przeczytać... wysłuchać... Gombrowicza... błagam. "
Fot. W. Ziółkowski      "Współcześni Pimkowie" nie budują żadnych hierarchii wartości; po prostu porządkują "materiał" - alfabetycznie albo jakkolwiek, choćby według zakończeń, np. na "-icz". Aksjologia nie jest - mówiąc eufemistycznie - mocną stroną współczesnych Pimków, nie mówiąc już o Bladaczkach - szkolnych wyrobnikach, wiecznie spóźnionych w "przerabianiu materiału". Różewicz zaprowadził swego Bohatera" Kartoteki" w roku 1960 powtórnie do szkoły, żebyśmy się mogli przekonać, iż nic się w niej nie zmieniło od czasów "Ferdydurke". Po upływie dalszych przeszło 30 lat, na początku obecnej dekady, szkoła była w dalszym ciągu równie "ferdydurkiczna", z tą tylko różnicą, że kochać i wielbić należało w niej już samego autora "Ferdydurke":

"GŁOS PRYMUSA Hela mówi, że nie chce czytać Gombrowicza ... bo ją ani nie ziębi, ani nie grzeje!

PSOR Ha! Zmuście Helę! Hej, oprawcy, do mnie - psy tutaj - niech szarpią Helę na sztuki -

HELA A ja wolę sobie poczytać Rodziewiczównę.

PSOR Karmcie Helę przymusowo Ferdydurkę, wtykajcie jej do ust i głowy... podtykajcie i wtykajcie gdzie się da! Ha!"

     Oczywiście, szkoła z obu "Kartotek" jest metaforą równie pojemną, jak szkoła z "Ferdydurke". Przede wszystkim sugeruje ta metafora szkolarski charakter całej naszej kultury (jak to już przed wielu laty wykazał Artur Sandauer), w której poeta - wieszcz był nauczycielem i przewodnikiem narodu. Szkoła jest miniaturą społeczeństwa, a społeczeństwo stanowi odbicie w skali makro struktury klasy szkolnej. Jak wiadomo, szkoła jest instytucją hierarchiczną i każda zbiorowość uczniowska, która się w niej znajdzie, ulega natychmiastowemu rozwarstwieniu przy pomocy najprostszego i najskuteczniejszego narzędzia: oceny, stopnia, cenzurki - różnie to narzędzie jest nazywane. Służy ono przede wszystkim do kreowania prymusów. Prymus jest filarem klasy szkolnej i jedynym dowodem sensowności wysiłków Pimki i Bladaczki.

     Prymus to nie tylko najlepszy uczeń w klasie, to pewien typ charakterologiczny. Najpełniejszy jego opis dał Gombrowicz w "Ferdydurke"; Syfon jest wręcz modelowym prymusem. Ten typ charakterologiczny w życiu społecznym funkcjonuje dokładnie tak samo, jak w szkole. W III RP droga życiowa prymusa wiedzie nierzadko wprost z klasy szkolnej do sejmu.

Fot. W. Ziółkowski      Sejm III RP można postrzegać zgoła jako klasę szkolną złożoną z samych prymusów, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej. (Koszmarny sen Pimki? ) Ten sejm ma szczególne zasługi w spychaniu 45 lat naszej powojennej historii w czarną dziurę. Został on tak bezlitośnie skarykaturyzowany w "Kartotece rozrzuconej", iż trudno się dziwić, że ludzie upatrujący w nim "głównego gwaranta naszej młodej demokracji" oskarżają autora o próbę obrony PRL-u.

     Czy Różewicz broni PRL-u? Nie, Różewicz broni własnej biografii twórczej - po prostu. A czy ja bronię Różewicza? Nie, bo Różewicz mojej obrony na pewno nie potrzebuje. Ja składam tylko hołd Różewiczowi w podziękowaniu za obronę również i mojej (mało twórczej) biografii i biografii (mniej czy bardziej twórczych) wszystkich - nie, nie będę szafował milionami, choć na pewno mógłbym powiedzieć (bez romantycznej megalomanii): ""Nazywam się Milijon" - moich rówieśników oraz ludzi nieco starszych i nieco młodszych ode mnie, których przeważająca część dorosłego życia upłynęła w PRL-u i którzy nie chcą się zgodzić, żeby to ich minione życie zepchnięto po prostu w czarną (czy raczej czerwoną) dziurę.

Którzy sprzeciwiają się nowym grabarzom historii.

Wypromowani doktorzy nauk humanistycznych

1985: Motyw powstania styczniowego w literaturze Polski Ludowej, Mieczysław Kociołkowski;
1989: Proza narracyjna Mariana Pilota, Anna Bury;
1986: Twórczość Wiesława Myśliwskiego na tle prozy nurtu wiejskiego, Ewa Pindór-Tutaj;
1991: Twórczość Adama Czerniawskiego, Marian Kisiel;
1992: Twórczość powieściowa Stanisława Dygata, Barbara Gutkowska;
1995: "...Pozostać wiernym niepewnej jasności". Wybrane problemy poezji Zbigniewa Herberta, Danuta Opacka-Walasek;
1995: Problematyka egzystencjalna w twórczości Kazimierza Wierzyńskiego, Zdzisław Marcinów;
1998: Proza Igora-Abramowa Neverlego. Poetyka i konteksty, Jacek Gałuszka;
1999: Retoryka i egzystencja. Z problemów twórczości poetyckiej Jana Lechonia, Joanna Kisiel;
1999: Z problemów sztuki poetyckiej Anatola Sterna, Paweł Majerski;
2000: Proza Andrzeja Szczypiorskiego, Grażyna Maroszczuk;
2000: Żywioł reportażowy w prozie dwudziestolecia międzywojennego. Casus: Jalu Kurek, Elżbieta Wróbel;
2001: Sztuka reportażu Ryszarda Kapuścińskiego (poetyka i recepcja), Beata Nowacka;
2003: Człowiek i natura w poezji Emila Zegadłowicza, Bogdan Nowicki;
2004: Poezja Artura Międzyrzeckiego, Agnieszka Kulik-Jęsiek;
2004: Twórczość poetycka Tadeusza Śliwiaka, Iwona Blicharska.