Włodzimierz Wójcik:

Pseud.: (wuełwu)

Biografia:

     Urodził się 29 maja 1932 r. w Będzinie-Łagiszy jako syn Andrzeja i Otylii z d. Nikodem. Po skończeniu szkoły średniej studiował polonistykę w Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1956 r. uzyskał tytuł magistra filologii polskiej. Doktoryzował się w 1968 (Krakowska Akademia Pedagogiczna im. Komisji Edukacji Narodowej), habilitował na Uniwersytecie Jagiellońskim (1979). W 1988 uzyskał tytuł profesora; w 1992 został profesorem zwyczajnym w Uniwersytecie Śląskim.

     Po studiach pracował jako polonista w krakowskich i nowohuckich szkołach średnich. W 1969 został starszym asystentem, a w 1970 adiunktem Instytucie Filologii Polskiej UJ. Od 16 czerwca 1973 starszy wykładowca, a od 1 października docent na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Pełnił funkcję pierwszego prodziekana Wydziału (1973-1975; 1977-1980), dziekana (1984-1987), wicedyrektora Instytutu Literatury i Kultury Polskiej (1982-1984), dyrektora (1987-1991). Był twórcą, a następnie kierownikiem Zakładu Literatury Współczesnej (1980-2002). W latach 1987-1989 dodatkowo pracował w Uniwersytecie Szczecińskim. Prowadził wykłady i wygłaszał odczyty w Paryżu, Neapolu, Budapeszcie, Ołomuńcu i Wilnie.

     Od 1957 roku pozostaje w związku małżeńskim z Zofią Jolantą Jaworowską - slawistką, absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Syn Andrzej jest magistrem inżynierem środowiska. Ukończył Politechnikę Krakowską.

     Prof. Włodzimierz Wójcik jest nagrodzony przez Ministerstwo Nauki (trzykrotnie); katowicka Nagroda Wojewódzka I stopnia (dwukrotnie). Nagrody Rektora UJ i UŚl. (wielokrotnie). Jest laureatem Nagrody Miasta Sosnowca I Stopnia za rok 2002. Otrzymał m. inn. następujące odznaczenia: Złota Odznaka Za zasługi dla Uniwersytetu Śląskiego, Złota Odznaka Zasłużonemu w Rozwoju Województwa Katowickiego, Odznaka Ministra Kultury i Sztuki "Zasłużony Działacz Kultury" (1982), Medal Komisji Edukacji Narodowej, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski OOP, Odznaka 50-lecia Związku Nauczycielstwa Polskiego. Nadto medal: "W uznaniu szczególnych osiągnięć naukowych Profesor Włodzimierz Wójcik uzyskał nominację i wpis do Złotej Księgi Nauk Humanistycznych 2004". W roku 2006 otrzymał od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego odznakę honorową "ZASŁUŻONY DLA KULTURY POLSKIEJ".

     W czterdziestolecie pracy dydaktycznej i naukowej uhonorowany tomem Mity, stereotypy, konwencje (1995). W siedemdziesiątą rocznicę urodzin otrzymał od uczniów i przyjaciół księgę Godność i styl. Prace dedykowane Włodzimierzowi Wójcikowi (Red. M. Kisiel, P. Majerski, Z. Marcinów) - Katowice 2003.

     Jest promotorem doktoratu honoris causa nadanego w 1999 r. przez Uniwersytet Śląski Tadeuszowi Różewiczowi (Zob. Laudatio. W: Tadeusz Różewicz. Doctor honoris causa Universitatis Silesiensis. Katowice 1999, s. 5-11).

Zainteresowania:

     Prof. Włodzimierz Wójcik zajmuje się literaturą polską XX i XXI wieku powstałą w kraju i na obczyźnie (prozą, poezją, częściowo dramaturgią, krytyką, formami paraliterackimi oraz eseistyką i reportażem), badaniem mitów (prace poświęcone postaciom J. Piłsudskiego, A. Struga, T. Kościuszki itp.), związków literatury z ideami niepodległościowymi (Lechoń, Wierzyński, Baliński). Szczególną rolę w polu jego widzenia pełni refleksja nad dramatami świata, jakie niesie wiek XX (holocaust, epoka pieców). Sprawy te porusza pisząc o Nałkowskiej, Borowskim, Różewiczu, Romanowiczowej.

     Opiekuje się Muzeum im. Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Jest członkiem Towarzystwa im. Adama Mickiewicza, Związku Literatów Polskich oraz członkiem założycielem Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego (Medal Dziesięciolecia GTL - 2002). Członek Komisji Historycznoliterackiej krakowskiego i katowickiego Oddziału Polskiej Akademii Nauk. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich i honorowy prezes Będzińskiego Oddziału tej organizacji. Współpracuje z prasą, radiem i telewizją. Szczególnie wiele czasu i serca poświęcał młodzieży akademickiej: wypromował około 980 magistrów polonistyki i bibliotekoznawstwa.

Opieka nad młodszą kadrą:

     Profesor Włodzimierz Wójcik wypromował szesnastu doktorów nauk humanistycznych z zakresu literaturoznawstwa. Napisał dużą ilość recenzji doktorskich i habilitacyjnych oraz opinii na tytuł lub etat profesora.

Anegdota:

     Prof. W. Wójcik zanim został uniwersyteckim profesorem zwyczajnym był już (1956, zaraz po studiach) "profesorem zwyczajnym" w XII Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie-Nowej Hucie. Z marszu otrzymał (o grozo!) pod opiekę klasę maturalną z młodzieżą tyle inteligentną, co jednocześnie nad miarę żywą. Gdy na serio wszedł w rolę wychowawcy i zaczął moralizować tę "dzisiejszą młodzież", jedna z maturzystek (Halinka Krzykawska, młodsza od profesora o zaledwie 4 lata) zapytała z przekąsem w pewnym rozgoryczeniu: A pan profesor kiedy był MŁODY to nigdy w szkole nie dokazywał? Po raz pierwszy 24-letni Włodzio poczuł się STARO…

+++

     Ci sami, mimo, że byli "literatami" autentycznie interesowali się jednak - o dziwo! - lingwistyką. Poszli w piątkę (razem) do profesora Tadeusza Milewskiego zdawać egzamin z językoznawstwa ogólnego. Milewski na wykładach był po prostu rzeczowy, komunikatywny i uroczy. Bogaty intelektualnie tok wykładu przerywał anegdotami, z których pierwszy się śmiał: hi, hi, hi, hi!. Po kilkudziesięciu minutach profesor wziął indeksy i czterem z nich wpisał bardzo dobry. Przy piątym wahał się mówiąc, że chyba czwórka wystarczy. Na to wszyscy jęknęli, okazując ból. Oto narażą się na wstyd wobec dziewcząt. One są kujonami; będą lepsze od chłopców, prawdziwych pasjonatów lingwistyki… W Milewskim obudził się lew. Dał piątkę wystraszonemu studentowi. Powiedział, że właściwie kobiety nie mogą być prawdziwymi językoznawcami. Mogą jedynie zajmować się… - wersologią… "Jak PANNA Dłuska" - dodał zaśmiewając się szczerze.

+++

     PANNA DŁUSKA była w istocie wielką uczoną-wersologiem. Mimo rangi, jaką miała w Polsce i w świecie, prowadziła często zwykłe ćwiczenia; ze stylistyki na przykład. Nigdy nie wytykała studentom nadmiernie nieuctwa czy lenistwa; delikatnie nad tym ubolewała. Każdy przejaw dobrej woli, znajomości rzeczy czy lotności intelektualnej przyjmowała z radością. Dziewczęta oceniała życzliwie i sprawiedliwie, mężczyzn nieco faworyzowała. Pewnego razu odpowiadał na pytania (analiza wiersza - przy tablicy) jeden z mężczyzn-studentów. Kiedy grupa jęknęła na skutek pomyłki odpowiadającego, Profesor Maria Dłuska - po dłuższym zastanowieniu - rzekła: Pan Szymanek wprawdzie popełnił błąd, ale jest to błąd świadczący o INTELIGENCJI

+++

     Kiedy Ludwik Solski wchodził w rok jubileuszowy stulecia swoich urodzin (do setki brakowało Mu parę miesięcy), zrodziła się idea nadania wielkiemu artyście tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na posiedzeniu Rady Wydziału Filologicznego (dawniej Humanistycznego) toczyły się żywe dyskusje nad przedstawionym wnioskiem. Włodek Wójcik, członek Rady jako przedstawiciel studentów, uznawał wielkość legendarnego aktora i był zdziwiony, że niektórzy profesorowie mieli wątpliwości co do zasadności jego wyróżnienia. Padały słowa, że aktor nie jest twórcą, ale odtwórcą. Paderewski był obdarzony honorowym doktoratem nie jako niegdysiejszy premier i wirtuoz fortepianu, lecz jako kompozytor. Więc?
     Ostatecznie wniosek przeszedł. Na uroczystościach w Teatrze im. Juliusza Słowackiego grupa młodzieży filologicznej miala odśpiewać Jubilatowi tradycyjne "Sto lat…!!!". Zauważono jednak, że w tej sytuacji takie słowa byłyby niezręczne. Wprowadzenie słów "Dwieście lat, dwieście lat…!!!" zahaczałoby o totalną groteskę. Nikt przecież tak długo nigdy nie żył; chyba wielcy, legendarni prorocy biblijni. Problem był nie do rozwiązania. Przyszło jednak pocieszenie. Włodek w ostatniej chwili spojrzał na wielką scenę wielkiego teatrum. Przyszło olśnienie. Zaśpiewano Ludwikowi Solskiemu gromkim głosem: "DRUGIE sto lat, DRUGIE sto lat, niech żyje, żyje nam!!!". Nastąpiły brawa. Największe jednak brawa uzyskał Solski, gdy wystąpił w Grubych rybach. Mówił pięknym głosem, ale serce się nam ściskało, gdy czasem widzieliśmy jego niepewne kroki. Cóż, miał swoje lata. Urodził się przecież gdy jeszcze żył… ADAM MICKIEWICZ.
     Mimo serca, jakie włożyliśmy w to nasze śpiewanie, Mistrz Solski nie zdołał ukończyć całkowicie STU lat… Brakło paru miesięcy.

Sensacja:

     W Uniwersytecie Jagiellońskim wielkim wyczynem dla każdego było zdanie egzaminu u Profesor Ewy Ostrowskiej z historii języka polskiego. Z zadaniem tym miał się zmierzyć 19 maja 1955 roku Włodek Wójcik i jego współmieszkaniec w akademiku Olek. Włodek w przeddzień egzaminu zwykle po południu szedł na spacer, potem wcześnie szedł spać. Tym razem był wyjątkowo niespokojny. Położywszy się do piętrowego łóżka zaproponował leżącemu już w ciemnościach Olkowi, który nawet nie liznął materiału do egzaminu, że mu dokładnie "przepowie" treść artykułu Taszyckiego o pochodzeniu ogólnopolskiego języka literackiego. Tak się też stało. Rano Włodek - wbrew zwyczajowi - na chybił trafił otworzył "chrestomatię" i zanalizował niektóre formy gramatyczne. Na egzaminie - sensacja. Olek otrzymał za zadanie zreferowanie tez rozprawy Taszyckiego. Otrzymał piątkę. Potem Ewa Ostrowska na chybił trafił otworzyła wspomniany wyżej zbiór starych tekstów na tej samej stronie, co rankiem Włodek. Dała mu do analizy te same zdania. Otrzymał - czwórkę. Trudno uwierzyć w taką koincydencję. Ale tak było…

MOI WIELCY NAUCZYCIELE
KAZIMIERZ WYKA I INNI HETMANI WIEDZY

     "Jestem historykiem literatury. Dla człowieka uprawiającego taką profesję tradycja jest tym samym, czym węgiel dla górnika. Jest mianowicie tym pokładem - w pierwszym odruchu chciałem napisać bardziej podniośle: tym żywiołem - w którym z natury swojego zawodu grzebie historyk literatury, fedruje górnik. Bez istnienia owego pokładu nie byłoby czarnych zagłębi. Bez istnienia i funkcjonowania tradycji wystarczyłyby same tylko biblioteki i bibliotekarze jako ich stróże, zbędne byłyby działania uprawiane przez historyka literatury. To on przechowywany na półkach bibliotecznych, węgiel przeszłości, pod ciśnieniem innych epok wytworzony, przemienia lub innym pomaga przemienić na opał dnia bieżącego" - tak pisał w eseju Węgiel mojego zawodu (1967) jeden z najwybitniejszych humanistów polskich naszego czasu, mój Nauczyciel, człowiek ani miejscem urodzenia, ani zamieszkania bynajmniej nie zrośnięty ze Śląskiem, czy Zagłębiem; ale przecież urodził się, wychował i mieszkał w sąsiedztwie. Kazimierz Wyka - bo właśnie jego słowa zostały wyżej zacytowane - całym swoim życiem i twórczością związany był z ziemią krakowską i Krakowem. Urodzony w 1910 roku w Krzeszowicach, w podwawelskim grodzie ukończył gimnazjum, a następnie w roku 1932 pod kierunkiem profesora Stefana Kołaczkowskiego polonistyczne studia w Uniwersytecie Jagiellońskim. Do końca życia pozostał wierny swojej uczelni, pracując w niej jako asystent, w okresie przedwojennym, a po wojnie jako profesor nadzwyczajny (1948) i zwyczajny (1954). Uniknąwszy dzięki zbiegowi okoliczności aresztowania przez Niemców wraz z profesurą Uniwersytetu w listopadzie 1939 roku, mógł Wyka poświęcić się konspiracyjnej pracy naukowej i literackiej. Zaraz po wyzwoleniu w rodzinnym, czy niemal rodzinnym Krakowie redagował jedno z najlepszych czasopism literackich "Twórczość". Po śmierci Kazimierza Czachowskiego był prezesem oddziału krakowskiego Związku Literatów Polskich. Pełnił jednocześnie w latach 1948-1950 funkcję prodziekana Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Swoich więzi z Krakowem Wyka nie zerwał także i wówczas, gdy w latach 1950-1953 był wiceprezesem Zarządu Głównego ZLP oraz gdy pełnił liczne odpowiedzialne funkcje kierownicze w Polskiej Akademii Nauk, wśród których dyrektura Instytutu Badań Literackich w latach 1953-1970 należała do najbardziej ważkich. Jako badacz literatury ogarniał swoją refleksją polskie piśmiennictwo XIX i XX wieku. Z tych fascynacji zrodziły się wybitne dzieła dotyczące polskiego romantyzmu. Mamy więc niezwykle cenne studia poświęcone Panu Tadeuszowi Adama Mickiewicza, Juliuszowi Słowackiemu, także Cyprianowi Kamilowi Norwidowi. Wyka szczególnie żywo interesował się związkami literatury z innymi dziedzinami sztuki. Z tego nurtu zainteresowań powstały takie studia, jak Matejko i Słowacki (1950) czy też Ideologia i warsztat Matejki w ich wzajemnym stosunku (1953). Jest Wyka także autorem fundamentalnej pracy pod tytułem Modernizm polski, licznych esejów i prac syntetycznych dotyczących myśli filozoficznej oraz literatury okresu Młodej Polski. Wyka uchodził i uchodzi nadal za wybitnego krytyka literatury współczesnej. Przeświadczenie to doskonale dokumentuje się w świetle takich tomów, jak Pogranicze powieści, książce, która stanowi refleksję nad prozą polską lat 1945-1948 oraz wydanej w 1967 Starej szufladzie zawierającej recenzje literackie w okresu międzywojennego. Jego szkice i rozprawy krytyczne poświęcone Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu, Tadeuszowi Różewiczowi i innym znaczącym pisarzom polskim XX wieku do dzisiaj cechują się odkrywczością i świeżością sądów. Wyka był pasjonatem polskiego malarstwa oraz kompetentnym znawcą sztuki filmowej. Poświadczają to jego dzieła, takie jak Thanatos i Polska, czyli o Jacku Malczewskim (197I) oraz Podróż do krainy nieprawdopodobieństwa (1964). Wybitny nauczyciel akademicki, inspirator życia literackiego, naukowego i kulturalnego kraju Kazimierz Wyka stanowił dla wszystkich wielki autorytet moralny. Przez wielu nazywany był prawdziwym Gospodarzem naszej polonistyki. Pozornie zamknięty w swoim Krakowie, otwarty był przecież na całą Polskę i wielką europejską kulturę. W swojej działalności odczytowej wielokrotnie uwzględniał Śląsk i Zagłębie. Lubił te ziemie i starał się bezustannie wnikać myślą w ich rytm życia i rozwoju kulturalnego. Nie było przypadkiem, że przez ostatnie lata swojego życia pełnił obowiązki przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Śląskiego. Jeszcze 14 stycznia 1975 roku, a więc na pięć dni przed śmiercią miał spotkanie ze studentami polonistyki w sali audytoryjnej w Sosnowcu przy dawnej ulicy Bieruta 6. Mówił wówczas o swoim ulubionym pisarzu, o Aleksandrze Fredrze. Jeśli więc z tej perspektywy spojrzymy na przytoczony na początku niniejszej wypowiedzi cytat z eseju Kazimierza Wyki, przekonamy się, że jego porównanie historyka literatury z górnikiem, wydobywającym z ziemi czarny kruszec, nie było banalną metaforą. Wynikało z głębokiego wmyślenia się Wyki w ducha i klimat ziemi śląsko-zagłębiowskiej. Zresztą to wmyślanie się miało bardzo dawny rodowód. W książce Wędrując po tematach (Kraków 1971) wspomina Kazimierz Wyka swoje młodzieńcze lata, kiedy to jeden z mieszkańców Krzeszowic zabrał go do kopalni "Jerzy" w Niwce-Modrzejowie i pragnął pokazać słynny Trójkąt Trzech Cesarzy. "Pan Wojciech - pisał - śpieszył się na powierzchnię. Chciał mi pokazać okolicę. Poszliśmy do zbiegu obydwu Przemszy. W zagajniku, który rośnie nad torem kolejowym, gdy ten opuści most, wznosiła się podówczas kamienna wieża. Z tego miejsca - zachodni brzeg połączonej Przemszy jest pagórzysty i góruje nad płaskim, galicyjskim - panowała ona nad okolicą. Wieża Bismarcka, tak się nazywała. Nie ma dzisiaj po niej śladu. Mój przewodnik w sposób zbyt skomplikowany dla kilkunastolatka, oczywisty dla żołnierza pierwszej wojny światowej, objaśniał, że dopiero kiedy z kumplami - powstańcami wdarli się na tę wieżę, a obstrzał z karabinu mieli tam a tam, to Niemcy do Dreikaiserecke nie mieli podejścia. Konkludował pan Sałek: - Teraz, pieruna, alianci tam siedzą i na wieżę, Kazik, się nie dostaniesz. Tylko popatrz uważnie. Ale tam na zawsze będziemy, pokażę tobie dokładnie, tam są schody w środku i widać aż za Sosnowiec". Tak te ziemie wspominał Kazimierz Wyka w roku 1971. Profesor, który w latach pięćdziesiątych był początkowo kierownikiem mojego seminarium magisterskiego w Uniwersytecie Jagiellońskim (po roku przejął seminarium Profesor Henryk Markiewicz). Ale pamiętać też należy, że tuż po wyzwoleniu Kazimierz Wyka ogłosił w krakowskim "Dzienniku Polskim" artykuł pod wiele mówiącym tytułem Kraków na linii Śląska. Kazimierz Wyka po prostu miał serce dla naszych okolic. Legendarne w naszym śląsko-zagłębiowskim i krakowskim środowisku stały się opowiadania o licznych "wypadach" Wyki z przyjacielem, profesorem Wincentym Dankiem na mecze odbywające się na chorzowskim stadionie. Byli gorącymi kibicami-pasjonatami. Tu odrywali się od codzienności. Wypoczywali. Kazimierz Wyka otwiera szlachetną listę przecudownych moich Nauczycieli, moich Mistrzów z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Są nimi Profesorowie: Stanisław Pigoń, Juliusz Kleiner, Henryk Markiewicz, Zenon Klemensiewicz, Tadeusz Milewski, Kazimierz Lepszy, Witold Taszycki, Mieczysław Karaś, Ewa Ostrowska, Wacław Kubacki, Irena Bajerowa, Tadeusz Ulewicz, Maria Brodowska-Honowska, Marian Stępień, Juliusz Kijas, Józef Spytkowski. Wiele zawdzięczam Profesorom Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej. Są to Jan Nowakowski (promotor mojego doktoratu), Wincenty Danek, Mieczyslawa Romankówna, Stanisław Sierotwiński. Wiele nauczyłem się między innymi od Jana Trzynadlowskiego (Wrocław), Artura Hutnikiewicza (Toruń) , Stefana Żółkiewskiego (Warszawa). Uniwersytet Jagielloński, Akademia Pedagogiczna im. Komisji Edukacji Narodowej na zawsze pozostaną w moim sercu. Podobnie szkoła podstawowa w Będzinie-Łagiszy i katowickie szkoły średnie. Uniwersytet Śląski, z którym związałem się aktywną pracą w latach męskich, pracą długotrwałą, dziś stanowi dla mnie "najbliższą Ojczyznę".